Psychologia Rodzina Wychowanie

Nie zabijaj szczęścia swego! „Moje dziecko jest gorsze”

moje dziecko jest gorsze

Od kilku tygodni rzadziej tu bywam. Motywacji brak, kiedy w głowie siedzą same negatywne myśli. Ostatnie półtorej miesiąca to czas wzmożonej koncentracji na problemach – najpierw po raz kolejny powrócił problem spacerów, później pojawił się konkretny i długi kryzys laktacyjny, a na koniec sytuację dobiły trudności ze snem. Same problemy, kryzysy i trudności. I ani słowa o szczęściu, radości z bycia razem, ani słowa o wspaniałym czasie macierzyństwa, o uśmiechach i tuleniu. Tak sobie myślę, że ja, taką niby mądra pani psycholog, dałam sobie po raz kolejny zrobić wodę z mózgu.

Skąd właściwie wiadomo, że to, co nas spotyka, jest normalne i typowe? Najczęściej wykorzystujemy do tego proste narzędzie – porównywanie się. Możemy stosować dwa rodzaje porównań, każde z nich będzie zupełnie inaczej wpływać na naszą samoocenę, nastrój i funkcjonowanie. Porównując w górę patrzymy na tych, którzy mają lepiej. Z jednej strony jest to bardzo motywujące, bo wyznaczamy sobie w ten sposób kolejne cele i plany; z drugiej – negatywnie wpływa na naszą samoocenę. Czujemy się gorsi, mniej zdolni, po prostu do kitu. Bo inni mają lepiej. Więcej. Byli dalej. Są szczuplejsi, piękniejsi, młodsi. Nic, tylko się załamać. Zdecydowanie lepszy wpływ ma na nasz nastrój porównywanie w dół. Stawiamy się wtedy obok tych, którzy mają gorzej. Są grubsi, starsi, gorzej sobie – w naszym mniemaniu – radzą. Porównujemy ich do siebie i mimowolnie się uśmiechamy. W końcu mamy lepiej, jesteśmy tacy fajni!

I tak, na dwa zupełnie różne sposoby, patrzymy na naszych bliskich, na rodzinę i znajomych, a w obecnych czasach także na społeczność internetu. Patrzymy na ludzi, którzy z jakiegoś powodu są do nas podobni, mają zbliżoną sytuację. Patrzymy i porównujemy. Różnie nam te porównania wychodzą. A wiecie, komu wychodzą najgorzej? Matkom! Jesteśmy, przynajmniej w większości, ekspertkami od porównywania w górę. Porównujemy swoje dzieci do innych, porównujemy zdobywane przez maluchy umiejętności to wykazu koniecznych w tym wieku, sprawdzamy, czy nasze dziecko dobrze mieści się w siatce centylowej. Jak to na nas działa? Okropnie. Przynajmniej na mnie.

Ostatnie półtorej miesiąca przesiedziałam zamknięta z Jaśkiem w domu, przepłakałam, przebimbałam czytając internety. Prawie nic do Was nie pisałam, nie rozwijałam się też praktycznie w żadnych innym zakresie. Dlaczego? Bo moje porównania w górę wpłynęły na mój nastrój. Porównując Jaśka z innymi dziećmi, a siebie z innymi mamami, nabawiłam się wrażenia, że coś z nami nie tak. Że jesteśmy gorsi, bo Jasiek nie śpi na spacerach, a przecież większość dzieci śpi. Więc na siłę, przez długi okres czasu, staraliśmy się dopasować do większości i wozić Jaśka na spacery uprzednio uspanego. Że gorzej sobie radzimy jako rodzice, bo nasz syn chętnie i szybko zasypia tylko na rękach, śpi z nami w łóżku i często się budzi. A przecież, według moich kalkulacji, mądrych książek, forów, blogów i rozmów z mamami – powinien już przesypiać całe noce, zasypiać sam w łóżeczku i tak spędzać całą noc. Że jestem gorszą mamą, bo przez kilkanaście dni mój syn chciał jeść tylko na śpiocha. Innymi słowy, ostatnio zasypiałam i budziłam się z myślą, że moje dziecko jest gorsze, ja jestem gorsza i w ogóle nasze życie do najlepszych nie należy.

Zaczęłam koncentrować się na wszystkich tych sprawach, postrzegając je w kategorii problemów, z którymi jak najszybciej muszę się uporać. Szukałam magicznych metod, konsultowałam się z innymi mamami i ekspertami. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że przez tą gigantyczną koncentrację na naszych problemach, zupełnie gdzieś zatraciłam zwyczajną radość i umiejętność doceniania tego, co mam. Dopiero rozmowa z Wami na facebooku i Wasze komentarze sprawiły, że spojrzałam na siebie z boku. I zrobiło mi się wstyd, że zmarnowałam miesiąc czasu z Jaśkiem. Na narzekanie. Na siłowe próby zmiany sytuacji, bo Jasiek w jakiejś kwestii jest inny niż większość otaczających nas dzieci. Na bardziej lub mniej smutne próby dostosowania siebie, Jaśka i całej naszej rodziny do wizji „normalnego” dziecka i „normalnego” macierzyństwa. Dziś uświadomiłam sobie, że robię nam wszystkim krzywdę. Że próbuję na siłę zmienić wiele rzeczy, które mi nie przeszkadzają. I że cierpimy na tym wszyscy. Dotarło to do mnie, kiedy podczas kolejnej „lekcji samodzielnego zasypiania” Jasiek zaczął płakać na moich rękach, już wtedy, gdy przekroczyłam drzwi sypialni. Pomyślałam sobie wtedy, że on po prostu nie jest jeszcze gotowy na samodzielne zasypianie. Ale to nie jest problem. To po prostu jego cecha, która nie sprawia, że kocham go mniej, że jest gorszy czy dziwny. Moje dziecko nie jest gorsze. Jest po prostu sobą. Jedynym i wyjątkowym małym człowiekiem.

Mało tego. Nieumiejętność samodzielnego zasypiania albo to, że Jasiek nie zasypia w wózku to nie są jedyne cechy mojego syna. I nie jedyne jego zachowania. Przez ostatnie tygodnie widziałam tylko problemy,  zapominając o tym, co dzieje się wokół nas pięknego. Bo Jasiek to nie tylko zasypianie na rękach, które przecież jest totalnym i niesamowitym wyrazem potrzeby bliskości i miłości. Jasiek to setki uśmiechów, to szczery i głośny śmiech na widok swojego odbicia w lustrze. Jasiek to bardzo aktywny mały człowiek, który usilnie próbuje raczkować do tyłu. Mały człowiek o pięknych oczach, uroczych stopach i rozbrajającym uśmiechu. Jasiek to także dziecko, które uwielbia zabawę, potrafi się przez godzinę zająć sam sobą. To właśnie robi, gdy ja piszę ten wpis! Jasiek to też mały akrobata, wulkan energii i mistrz wielkiej radości. Jest zdrowy, dotychczas nie miał nawet kataru, ma świetną odporność i dobrze reaguje na szczepienia. I pewnie mogłabym tak jeszcze przez godzinę wymieniać. I wiecie co? Od dziś będę. Będę cieszyć się tym, jakiego wspaniałego mam syna. Będę śmiać się razem z nim i tarzać po podłodze. Będę całować jego stopy i doceniać każdą chwilę z nim. Bo przecież wiek niemowlęcy trwa tak krótko, a Jasiek już nigdy później nie będzie takim maleńkim, słodkim i zależnym tylko ode mnie maluszkiem. I, co najważniejsze, pozwolę mu dorastać we własnym tempie.

Koniec z porównaniami w górę, bo przez nie zabieram sobie prawo do szczęścia. Niech Twoje i moje dziecko nie jest gorsze. Niech jest lepsze, a przede wszystkim niech jest sobą. 

I Wy, drogie mamy, też przestańcie się wreszcie porównywać. Dopasowywać. Zaufajcie w końcu sobie i swoim dzieciom. Bo, jeśli to czytacie, to znaczy, że się martwicie o rozwój swoich dzieci, o Wasze wspólne życie. A jeśli się martwicie, to znak, że kochacie. Wiecie co? Kochająca mama zrobi wszystko co może dla dobra swojego dziecka. I jestem więcej niż pewna, że zarówno Wy jak i ja tak właśnie robimy. Więc nie dajmy się zwariować i cieszmy się z każdej chwili z naszymi dziećmi. Bo przecież dla nas, mam, to nasze dzieci są najcudowniejsze na świecie. I nigdy nie dajmy sobie powiedzieć, że to nieprawda.