Wychowanie

Mamo pozwól mi pobiegać!

Byliśmy dziś w odwiedzinach u rodziny, 60 km od domu. Czekała nas więc wątpliwa przyjemność jazdy samochodem godzinę w każdą stronę. Zarówno Jaś jak i ja nie przepadamy za tą formą transportu ze względu na „więzienie z pasów bezpieczeństwa”, na które nas skazuje. Od rana lało, całą drogę jechaliśmy w deszczu. Gdy więc kilka minut po naszym przyjeździe gospodarze postawili na stole kawę i ciasto, a ja ukradkiem zerkając przez okno zobaczyłam, że przestało padać, zastanawiałam się tylko kilka sekund. Grzecznie przeprosiłam, ubrałam Jaśkowi kalosze, ciepłą czapkę i wyszliśmy do ogródka. Wprawdzie zdążyliśmy tylko przez kwadrans pohasać po kałużach, zanim znów na dobre się rozpadało i okropnie rozwiało, ale i tak humor od razu mieliśmy z młodym człowiekiem lepszy. 

Dzieci to istoty podwórkowe, wiedzieliście o tym?

Kiedy pogoda dopisuje – co w moim rozumieniu oznacza temperaturę wyższą niż -15 i niższą niż +32 stopnie i brak naprawdę sporych opadów – staramy się spędzać na dworze jak najwięcej czasu. Latem wracamy do domu tylko na drzemki (z wiadomych względów – pamiętacie jeszcze że moje dziecko nie śpi w wózku?, które szczęśliwie chronią nas także przed godzinami największego nasłonecznienia), nawet posiłki staramy się zabierać ze sobą. Spędzamy wtedy poza domem 5-6 godzin każdego dnia. W pozostałe pory roku do upadłego korzystamy z dni o akceptowalnej pogodzie, włączając w to mżawkę, śnieg, brak słońca czy inne, znośne zjawiska atmosferyczne. Do domu zagania nas najczęściej zdecydowanie zbyt wcześnie zachodzące słońce. Nawet smog nam nie straszny, po prostu pakujemy się wtedy do samochodu i jedziemy do parku, który jest względnie oddalony od najbliższych kamienic. W tym roku oswoiliśmy nawet katar, który wprawdzie skutecznie ogranicza nam kontakty z innymi maluchami, ale na pewno nie zamyka nas w domu – w końcu na powietrzu zdecydowanie swobodniej się oddycha!

Moje własne dzieciństwo spędziłam na podwórku. Pamiętam te czasy jako jedną wielką cudowną przygodę, a jednocześnie szkołę życia. Nie wyobrażam sobie, żeby moje dziecko wychowało się zamknięte w sterylnych czterech ścianach. Nudzę się, kiedy musimy spędzić w domu kilka godzin. Roznosi mnie energia, a Jasiek wpada na niebezpieczne pomysły. Dlatego siedzeniu w domu mówimy nie!

Dzieci potrzebują wychodzenia na podwórko o wiele bardziej niż interaktywnych zabawek, basenów z piłeczkami i rozwijających gier i zabaw dywanowych. Jak przeczytałam kiedyś u Agnieszki Stein:

„czas zabawy na świeżym powietrzu nie jest (…) rozrywką, odpoczynkiem, nagrodą ani dodatkową atrakcją. Jest jedną z podstawowych potrzeb i sposobem na zaspokojenie wieku innych. (…) Dzieci potrzebują czasu na świeżym powietrzu niezależnie od pogody: dla zdrowia, budowania odporności, sprawności fizycznej, rozładowywania nagromadzonej energii (…).”¹

Dotyczy to dzieci chodzących i biegających – jak Jasiu – ale także dzieci młodszych, które też potrzebują wielozmysłowej stymulacji. Widok kołyszących się nad głową drzew, różnorodne odgłosy, zapachy, światła – to wszystko, co składa się na prawdziwy, interesujący świat potrzebne jest także tym najmłodszym – noworodkom i niemowlakom – do prawidłowego rozwoju. 

Nie dajcie sobie wmówić, że to dla dobra dziecka zostajecie w domu.

To nieprawda! Bardzo często zostajecie w domu dla Waszej własnej wygody. Bo to tyle ubierania, zimowa czapka, rajtuzy i buty – żeby spędzić na dworze zaledwie pół godziny, a jeszcze z katarem można wrócić. 

Tak, można wrócić z katarem, jeśli Twoje dziecko dotychczas siedziało w ciepłym mieszkaniu i nie jest przyzwyczajone do zmiennych warunków atmosferycznych. Malucha trzeba do tego przyzwyczaić, stopniowo wydłużając czas aktywności podwórkowej. I oczywiście odpowiednio go ubrać, ale to już temat na osobny wpis. 

Dla dziecka przebywanie na dworze nie ma być nagrodą – to jego podstawowa potrzeba! Zabieranie mu możliwości swobodnej aktywności poza domem można porównać do tego, jakbyście odmówili mu posiłku. To równie naturalna, fizjologiczna potrzeba dziecka. 

Nie dajcie sobie wmówić, że wychodzenie na podwórko, na plac zabaw, jest niebezpieczne.

Życie jest niebezpieczne! To trochę tak, jakbyście Wy sami siedzieli całe życie pod kołdrą, bo boicie się, że zrobicie sobie krzywdę. Rozumiem, że dla wielu rodziców pierwsze wyjścia na plac zabaw są źródłem ogromnego stresu – dla mnie też były! Pewnie znacie ten strach matki, która pierwszy raz spuszcza swoje dziecko po zjeżdżalni. Ale od strachu ważniejszy dla mnie był uśmiech na buzi Jaśka. Oczywiście robię co w mojej mocy, aby zapewnić mu bezpieczeństwo, ale w miarę możliwości nie ograniczam jego spontanicznej zabawy.

Tak, zdarza nam się wrócić ze spaceru z guzem na czole. Skórą zdartą z dłoni czy potłuczonym kolanem. Od tego mamy w domu wodę utlenioną i kolorowe plasterki.

Nie dajcie sobie wmówić, że Wasze dziecko wróci z podwórka brudne.

To przecież oczywiste, że takie wróci! W dzieciństwo wpisane jest brudzenie się, bo jak poznać świat czystymi rękami? Żeby nauczyć się, czym jest kałuża, należy do niej wejść i rozchlapać wodę. Rolą rodziców jest wyposażenie poznającego świat dziecka w kalosze i nieprzemakalne spodnie. Żeby sprawdzić, co można zrobić z piaskiem, czasem trzeba go skosztować. Chyba każde dziecko przerabiało ten etap zabawy w piaskownicy. Żeby poznać otaczający nas świat, trzeba podnosić brudne kamienie, wkładać rękę w błoto, moczyć ubranie, rozdzierać spodnie. Nie można nauczyć się życia bez tych wszystkich doświadczeń. To elementy, bez których dzieciństwo jest nieprawdziwe, niepełne i zwyczajnie niefajne! 

I na końcu, nie dajcie sobie wmówić, że wiecie lepiej, czego Wasze dziecko potrzebuje na podwórku.

Nie zmuszajcie Waszego malucha do huśtania się na huśtawce czy kręcenia na karuzeli. On sam wie, czego akurat potrzebuje do zrównoważonego rozwoju. Największą wartością wyjść na plac zabaw/na spacer jest swobodna zabawa Waszego dziecka. Jeśli przez godzinę przesypuje piasek z jednego wiaderka do drugiego – widocznie tego aktualnie potrzebuje. Pokazujcie mu różne możliwości, ale decyzja nie zawsze należy do dziecka – czy będzie grać z Wami w piłkę czy szurać liśćmi. Dajcie sobie spokój z wiecznymi „nie biegaj”, „nie skacz”, „nie wchodź”, „nie zjeżdżaj”. Uwierzcie w intuicję Waszego dziecka i w jego mądrość. Pozwólcie mu biegać, skakać, zbierać kasztany, tarzać się w piasku. Pozwólcie Waszym dzieciom być dziećmi.

¹Agnieszka Stein: Akcja adaptacja.
  • Bardzo, ale to BARDZO miło przeczytać tekst świadczący o tym, że istnieją jeszcze normalni rodzice. Oby tak dalej! 🙂