Podróże

Inny wymiar odpoczywania – Łubinowe Wzgórze koło Nałęczowa

Gdyby ktoś mi kiedyś powiedział, że moje wymarzone wakacje będą polegały na zadekowaniu się w hotelu i nie opuszczaniu go przez tydzień, nie uwierzyłabym. Należałam do tych podróżników, którzy na wakacyjne wojaże wyjeżdżali perfekcyjnie przygotowani – z mapką, przewodnikiem przeczytanym od deski do deski, aktualną bazą punktów gastronomicznych i dokładną znajomością komunikacji miejskiej. Nigdy nie byłam typem, który wybierał all-inclusive nad basenem, wolałam degustowanie lokalnych smaków, wyszukiwanie nietuzinkowych miejsc, ciągłe wędrowanie, wieczne atrakcje. Pokój hotelowy traktowałam jak noclegownię, a udane wakacje wyliczałam na podstawie przebytych na własnych nogach kilometrów. Efekt był taki, że często z urlopu wracałam bardziej zmęczona niż wypoczęta, jednak ogrom wrażeń skutecznie rekompensował mi odciski na stopach. A potem? Potem zostałam mamą.

Podczas jednego z pierwszych urlopów spróbowałam kontynuować jedyny znany mi dotychczas typ wypoczynku – aktywny, zwiedzający, goniący za wrażeniami. To nie były dobre wakacje. Na szczęście dość szybko odkyłam, jak powinny wyglądać wakacje z dzieckiem. Najpierw testowałam swoje nowe potrzeby w Słajszewie nad Bałtykiem. Tam naprawdę wypoczęliśmy! A potem Jaś doróśł i nasze potrzeby znów się zmieniły. Tym sposobem wylądowaliśmy na Łubinowym Wzgórzu. I tam właśnie, w otoczeniu poleskich pół rzepaku, odkryłam, na czym naprawdę polegają udane wakacje z małym dzieckiem.

Wyobraźcie sobie 1,5 hektara terenu, po którym można bezpiecznie hasać. Terenu, na którym próżno szukać kostki brukowej czy asfaltu. Jest na to mnóstwo kamyczków, trawy, szyszek i siana. A to dopiero początek. 

Łubinowe Wzgórze to coś więcej niż hotel. Bo to nie budynek jest tutaj kluczowy, ani pokoje. Rozległy teren wokół Łubinowego Wzgórza zaprojektowany został tak, aby dzieci nie chciały stamtąd wyjeżdżać. Jest tu wspaniały wąwóz, zamieszkały przez zabawne stworzenia – Wąwity. Dzieci po stromych schodach dostają się prosto do zaczarowanego świata, pelnego nietypowych dźwięków, ukrytych w leśnym gąszczu. Mamy tu hamak z dzwoneczkami, wzmacniającą dźwięki rurę, prawdziwy leśny szałas z ukrytymi instrumentami, a także cudne, delikatnie dźwięczące ptasie dzwonki. Dla żądnych przygód i opowieści obsługa hotelu przygotowała książeczkę z zagadkami i opowieściami z krainy Wąwitów. Starszaki będą zachwycone i znikną w wąwozie na długie godziny. A młodsze dzieci? Z pomocą rodziców też chętnie przemierzą świat Wąwitów i popróbują swoich sił podczas gry na leśnych instrumentach. A że przy okazji wszyscy pokłujemy się pokrzywami i spotkamy na swojej drodze mnóstwo robali? Dla mnie to tylko dodatkowa atrakcja!

A kiedy znudzi się nam przemierzanie wąwozów i zapragniemy wyjść na słońce, trafimy do najwspanialszego miejsca na całym Łubinowym Wzgórzu – do Półwąwozu, połączonego z kuchnią błotną. To miejsce, z którego maluchy wyciąga się za nogi, albo może raczej za uszy (które dziwnym trafem pozostają jedyną czystą częścią ciala). Półwąwóz to tor przeszków dla maluchów, zbudowany oczywiście – jak wszystko na Łubinowym Wzgórzu – z naturalnych materiałów. Są tutaj schodki, tunele, drewniane pale do przechodzenia, ale jest też – powieszona między dwoma drzewami – duża i wygodna chuśtawka. Jednak wszystko to pozostaje tylko dodatkiem do największej atrakcji – kuchni błotnej. Niby nic, kawałek ściany zbitej z desek, z drewnianą ladą i całą kolekcją garnków, misek, patelni i mieszadeł. A w komplecie – szyszki, kawałki drewna, piasek i najważniejsze – wiadro błota! Dzieci wczuwają się w rolę w mgnieniu oka i już po chwili serwują rodzicom torty błotne, naleśniki z piaskową posypką, gulasze z szyszek i wodne zupy-kremy. Zabawy – i paćkania się! – jest co niemiara. A co bardziej obrotni tatusiowie (widząc, jak ich pociechy na kilka, kilkadziesiąt minut zapominają o całym świecie i pozwalają wypić im w spokoju ciepłą kawę albo – o zgrozo! – piwo), obmyślają, jakby taką kuchnię zamontować w przydomowym ogródku. Najlepiej blisko węża z wodą, bo tylko z jego pomocą można doprowadzić dzieci opuszczające kuchnię błotną (nigdy nie z własnej woli!) do stanu używalności. Hit nad hity!

Uwierzycie, że to jeszcze nie koniec atrakcji Łubinowego Wzgórza? Nie jesteśmy nawet w połowie! Gdybym w telegraficznym skrócie chciała opisać Wam całą resztę atrakcji, musiałabym zacząć od placu zabaw, w którym są zupełnie niespotykane chuśtawki, szalone koniki, gigantyczna piaskownica (no dobra, to tor do grania w boule, ale służy głównie do budowania zamków i piaskowych wyścigów kilkulatków), wielki drewniany domek i mnóstwo, mnóstwo innych atrakcji. Jest także ścieżka sensoryczna, oporna na każdą pogodę i dostarczająca niesamowitych wrażeń mniejszym i większym stópkom, jest domek z kostkami siana, są hamaki, leżaki... Jakby tego było mało, w szczycie sezonu mniejsi i więksi poszukiwacze przygód mogą uczestniczyć w zajęciach z przesympatycznym Dziadkiem Romkiem, który opowiada o rzeźbieniu, uczy lepienia z gliny i tłumaczy, jak wykonać własny wulkan z lawą. Na Łubinowym Wzgórzu dzieci są na pierwszym miejscu tak bardzo, że nawet w hotelowej restauracji mają swój kącik – z konikiem na biegunach i wielką pufą, a gdy pogoda dopisują to także z uroczymi, drewnianymi jeździkami i zestawem do gry w kręgle. Nawet w menu najsmaczniejsze propozycje (pomidorowa z kluszeczkami i racuchy z kremem waniliowym <3) zarezerwowane są dla najmłodszych smakoszy.

A co dla dorosłych, zapytacie? Ciepła, pyszna kawa pita do oporu po sytym śniadaniu. Odpoczynek na leżaku, z jednym okiem w książce, a drugim czujnie obserwującym maluchy na placu zabaw. I co najważniejsze, dwanaście godzin nieprzerwanego dziecięcego snu, bo po całodniowych harcach na świeżym powietrzu maluchy zasypiają na stojąco. 

O czymś zapomniałam? A tak, o przestronnych, klimatycznych (ale także klimatyzowanych) pokojach, z których każdy ma swój niepowtarzalny styl i charakter (a dla praktycznych mikrofalówkę, czajnik i niewielką lodówkę), o bogatej biblioteczce książek i gier, a także przesympatycznej obsłudze. A jeśli jeszcze Wam mało, możecie spakować prowiant i przez „bramę do natury” ruszyć prosto na długi spacer wśród pól rzepaku, w kierunku sadów pełnych jabłoni.

I właściwie kwintesencją tego opisu jest stwierdzenie, że przyjechalibyśmy na Łubinowe Wzgórze niezależnie od tego, czy byłoby niedaleko Nałęczowa, czy może w Tatrach albo na Mazurach. Bo to hotel, z którego nie chce się wychodzić – człowiek zwyczajnie nie czuje takiej potrzeby. No, może żeby pojeździć na hulajnodze w pięknym Nałęczowskim Parku zdrojowym (całe 5 minut jazdy samochodem), bo na Łubinowym Wzgórzu asfalt nie jest tolerowany nawet pod kołami samochodów ;-).

Jeszcze się zastanawiacie, gdzie wybrać się na weekend? My polecamy z czystym sumieniem. I szukamy kolejnych, podobnych miejsc.